Spis treści
Sędzia choruje. Sąd musi ruszyć z nowym procesem
Pierwotnie proces rozpoczął się w maju 2024 roku, a na jego czele stała sędzia Ewa Woźniak. Ostatnie spotkanie na sali rozpraw miało miejsce w sierpniu 2025 roku. Grudniowy termin został odwołany z powodu kłopotów zdrowotnych prowadzącej sprawę. Zmiana składu orzekającego wymusiła na sądzie powtórzenie wszystkich czynności od początku.
Po niemal 12 miesiącach proces wznowiono, a przewodniczy mu sędzia Sławomir Solnica. Pod koniec lipca po raz kolejny przesłuchano Marka T. Pilot, z 45-letnim stażem, podtrzymał swoje dotychczasowe stanowisko i odrzucił zarzuty prokuratury.
Pilot odpiera zarzuty. „Decyzje podejmowali w powietrzu”
Oskarżony instruktor tłumaczył, że to wykwalifikowani spadochroniarze ponoszą odpowiedzialność za swój sprzęt i to oni decydują o założeniu kamizelek ratunkowych. Marek T. zeznał, że przed tragicznym lotem przeprowadzono odprawę, podczas której sprawdzono warunki atmosferyczne i siłę wiatru. Prokuratura jednak podważa te słowa.
Według podejrzanego przyczyną dramatu mogły być błędy popełnione przez samych skoczków już w trakcie lotu. Zaznaczył, że dopełnił wszelkich starań, aby zapewnić im bezpieczeństwo, a cała sytuacja głęboko nim wstrząsnęła.
Instruktor widział wypadek. „Samolot odleciał zbyt daleko”
W środę przed sądem stanął świadek – tandem-pilot, który przez niemal dekadę pracował z oskarżonym. Mężczyzna śledził przebieg wydarzeń z ziemi.
Zeznał, że grupa miała ułożyć w powietrzu formację RW-4. Aby utrzymać odpowiednie tempo opadania i stworzyć figurę, dwie kobiety – Agnieszka i Anna – miały na sobie specjalne pasy z obciążeniem.
- W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że samolot może być daleko od brzegu. Miałem nadzieję, że zawróci. Ale wtedy skoczkowie wyskoczyli. Do końca nie było wiadomo, czy dolecą do plaży - relacjonował świadek.
Dwóch uczestników skoku wylądowało w płytkiej wodzie i samodzielnie dotarło na brzeg. Spadochroniarki wpadły do morza około 250 metrów od plaży.
Świadek natychmiast zadzwonił do żony oskarżonego z prośbą o wezwanie pomocy, informując, że skoczkowie znajdują się w wodzie. Na ratunek ruszyli spadochroniarze, którzy wylądowali wcześniej, jednak dopiero interwencja WOPR-u i Brzegowej Służby Ratownictwa przyniosła rezultat. Po około 20 minutach kobiety wyciągnięto z morza. Były nieprzytomne, a podjęta reanimacja nie przyniosła skutku.
Kolejni świadkowie przed sądem
Obrońcy Marka T. wnieśli o przesłuchanie trzech dodatkowych osób. Z kolei śledczy żądają zeznań dwóch ocalałych skoczków oraz specjalisty z zakresu wypadków lotniczych. Obydwie strony zgodziły się na to, by pozostałe zeznania zostały odczytane z akt.
Kolejne posiedzenie sądu zaplanowano na 21 października.
Tragiczny lot. Spadochroniarki wpadły do morza
Do koszmarnego wypadku doszło 5 sierpnia 2019 roku. Z lotniska Bagicz wystartowała Cessna z czwórką skoczków na pokładzie – dwiema kobietami w wieku 29 i 33 lat oraz dwoma mężczyznami w wieku 37 i 33 lat. Zgodnie z planem mieli utworzyć w powietrzu dwie formacje w kształcie gwiazdy, a następnie bezpiecznie wylądować na plaży.
Próba stworzenia drugiej figury zakończyła się niepowodzeniem. Spadochroniarzom nie udało się chwycić za ręce. Zdecydowali się otworzyć czasze na różnych wysokościach i w różnej odległości od lądu. Mężczyznom udało się wodować blisko brzegu, natomiast kobiety spadły około 200 metrów w głąb morza. Po 20-minutowej akcji ratunkowej wydobyto je bez oznak życia.
Marek T. oskarżony o zaniedbania. Grozi mu więzienie
Marek T. odpowiada przed sądem z wolnej stopy. Za nieumyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa grozi mu wyrok do 8 lat pozbawienia wolności. Po siedmiu latach od dramatu bliscy zmarłych kobiet nadal czekają na sprawiedliwość, podczas gdy sprawa znów toczy się od zera.